Gdy cała rodzina idzie do szkoły

Artykuł o początkach szkoły nr 16 STO w Warszawie pomyślany był przede wszystkim jako prezentacja idei kierujących tymi, którzy po 1989 r. zakładali szkoły niepubliczne. Autor artykułu, Piotr Amsterdamski, dołączył do społeczności STO w 1997 r., gdy jego syn rozpoczął naukę w „Szesnastce”. Piotr z entuzjazmem zajął się szkołą, kołem nr 26, misją STO, koncepcją nowoczesnej edukacji, sprawami organizacyjnymi, słowem – wszystkim. Już w 1998 r. wybrano go do zarządu koła, a w kadencji 2001-04 został prezesem. Zawsze jednak pamiętał, że nie było go u początków, że nie przeżył emocji tworzenia szkoły „od zera”. Aby to uzupełnić, przeprowadził kilka wywiadów z założycielami szkoły i scalił nasze relacje w prezentowanym poniżej artykule. Wydobył „istotę rzeczy” – radość ze zrealizowania tego, co wydawało się utopią, a co okazało się sprawą realną i konkretną. Dziś jest to artykuł wspomnieniowy, i to w podwójnej perspektywie. Tak właśnie było w STO na początku lat 90. XX wieku i tak zapisał to Piotr w roku 2000.
Piotr Amsterdamski – astronom, fizyk, tłumacz, alpinista, działacz STO – zginął 12 lutego 2008 w Tatrach.

Maria Prosińska-Jackl
sierpień 2012 r.
strona 25-lecia STO

Piotr Amsterdamski

GDY CAŁA RODZINA IDZIE DO SZKOŁY


Magazyn „Gazety Wyborczej”, 30 marca 2000 r.


Naszą szkolę [SSP nr 16 STO w Warszawie] założyła uboga inteligencja. Teraz część tej inteligencji przestała być uboga, więc staliśmy się szkolą dla wykształconej klasy średniej, a także dla tych rodziców, którzy wiedzą, że wykształcenie jest najskuteczniejszą drogą do społecznego awansu.

Trzy lata temu, gdy mój syn miał pięć lat, zaczęliśmy rozglądać się za szkołą. Gdy wstąpiłem do szkoły rejonowej i wyjaśniłem, że chciałbym się czegoś o niej dowiedzieć, dyrektorka oświadczyła: „Szkoły pan szuka? Szkoła sama pana znajdzie. Dostanie pan wezwanie”.

– Po moim trupie – pomyślałem i już wiedziałem, że pozostały nam szkoły społeczne.
Ostatecznie Jerzyk trafił do Społecznej Szkoły Podstawowej nr 16 Społecznego Towarzystwa Oświatowego (STO) w Warszawie, przy al. Solidarności 113c.

Minął niecały rok, ja znalazłem się w zarządzie szkoły.

Idea rodem z Barbakanu

Maria Prosińska, jedna z założycielek szkoły, członkini zarządu: – Pomysł założenia szkoły narodził się w czasie przypadkowej rozmowy w Barbakanie. Mój syn jeszcze cały rok miał chodzić do przedszkola, ale ja już zaczynałam się martwić, co to będzie, gdy mój mały Franciszek będzie musiał pójść do takiej okropnej szkoły jak ta, przez którą ja przebrnęłam. Wtedy spotkałam w Barbakanie koleżankę ze studiów1, która miała dzieci starsze od moich, i spytałam ją, jak ona sobie dała z tym radę. Odpowiedziała mi: „Ty już nie masz tego problemu. Poślij dzieci do szkoły społecznej. Mój brat Wojtek się tym zajmuje, tu masz jego telefon”.

Wojciech Starzyński2 był jednym z założycieli i pierwszym prezesem Społecznego Towarzystwa Oświatowego, które prowadzi większość szkół społecznych w Polsce. Maria Prosińska zadzwoniła do niego i dowiedziała się z grubsza, jak założyć szkołę. Po tej rozmowie, razem z koleżanką, której syn chodził z Franciszkiem do przedszkola, wywiesiła w przedszkolnej szatni ogłoszenie: „Osoby zainteresowane założeniem szkoły społecznej proszone są o kontakt telefoniczny”.
Zainteresowanie okazało się ogromne, ale większość dzwoniących rezygnowała, gdy usłyszeli, że tej szkoły w ogóle nie ma, że jest tylko pomysł.

Jan Herczyński, jeden z założycieli szkoły: – To był pomysł grupy rodziców. Nas przekonały informacje o sytuacji w szkole rejonowej. Sądziliśmy, że nasz Kubuś nie może iść do szkoły, w której toalety są na przerwach okupowane przez palaczy.
Jan Herczyński tak wspomina grupę założycieli: – To była warszawska inteligencja. Głównie dziewczyny. Nawet jeśli nie były bezpośrednio zaangażowane w politykę, to ich poglądy były jednoznaczne. Wtedy jeszcze obowiązywało wyraźne rozróżnienie: my – społeczeństwo, i oni – komunistyczna władza. To „my” zakładaliśmy szkołę. Było to na tyle oczywiste, że nikomu nawet nie przychodziło do głowy, żeby o tym mówić. Choć właśnie zaczynał się rodzić kapitalizm, wszyscy pracowaliśmy w socjalistycznych instytucjach, mieliśmy dużo czasu, ale mało pieniędzy.

Edward Wieczorek, dyrektor departamentu kadr w MEN, jeden z założycieli STO i były dyrektor biura Zarządu Głównego: – Szkoły społeczne były kontynuacją ruchu oświaty niezależnej lat 70. i 80. Żeby je założyć, najpierw trzeba było stworzyć organizację działającą legalnie, i tak doszło do powstania Społecznego Towarzystwa Oświatowego. W latach 1987–1989 trwały wysiłki, żeby zalegalizować to towarzystwo. O problemie szkół społecznych była mowa przy Okrągłym Stole. Rozwój szkół społecznych wymagał wprowadzenia ich w sposób trwały i przemyślany do systemu szkolnictwa, i to zostało zrobione dopiero w 1991 r., kiedy Sejm przyjął ustawę o systemie oświaty. Przedtem istniały pewne furtki umożliwiające działanie szkoły niepaństwowej, ale to wymagało zgody władz, a dziś szkołę po prostu wpisuje się do rejestru.

Na początku 1989 r., już po rejestracji STO, minister edukacji odmówił wydania zgody na założenie niepaństwowej szkoły podstawowej, w której rodzice mieli płacić czesne, twierdząc, że konstytucja gwarantuje bezpłatną edukację. Sąd orzekł jednak, że bezpłatne kształcenie dzieci w szkołach państwowych jest prawem, z którego rodzice mogą, ale nie muszą korzystać. Orzeczenie NSA stanowiło przełom.

Potęga entuzjazmu

W sierpniu 1990 r. szkoła wciąż jeszcze nie miała lokalu, ale już zaczęła przyjmować dzieci. Dlaczego rodzice zapisywali dzieci do nieistniejącej szkoły?

Jan Herczyński: – To była epoka, w której wszystko się zmieniało i zaczynało od nowa. Wszyscy uważali, że to jest naturalne. Cały kraj startował od zera. Wszyscy zakładali jakieś biznesy, kraj się otwierał. Taka była atmosfera. Zamiast konkretów mieliśmy tekst programowy: „Nowe czasy – nowa szkoła”:

„Szkoły państwowe w Polsce są produktem ostatnich 40 lat, kiedy to państwo totalitarne miało monopol zarówno na program kształcenia, jak i jego realizację. I choć komunizm w Polsce upadł, szkoły te nadal są ostoją metod dawno już w nauczaniu odrzuconych. Z protestu przeciwko takiej szkole wyrósł ruch oświaty społecznej. Chodzi nam o realizowanie kilku wspólnych zasad. Te zasady to: decydująca rola rodziców w wyborze programu realizowanego przez szkołę; łączne traktowanie procesu dydaktycznego i wychowawczego z naciskiem na twórczą, aktywną postawę dzieci wobec życia i nauki”.

Jan Herczyński: – Musieliśmy znaleźć nauczycielki. Pamiętam, jak przyszły dwie dziewczyny świeżo po studiach. Kiedy zapytaliśmy, co chcą robić, obie powiedziały, że chcą się zajmować dramą. Pewnie chodziły do tej samej grupy i pisały z tego prace magisterskie. Chciały, żeby dzieci uczyły się odgrywając nieustannie przedstawienia. No, może ortografii musiałyby się uczyć normalnie. Trochę nas to przeraziło, ale myśleliśmy, że to ma być zupełnie nowa szkoła. Najważniejsze było wziąć jakieś młode dziewczyny nieskażone rutyną szkoły państwowej, zaraz po studiach. Sądziliśmy, że to my je nauczymy. Z naszej strony to było niesłychanie naiwne, ale z tej dramy też nic nie wyszło.

Maria Prosińska: – Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy fachowcami j jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobiliśmy, było odwołanie się do pomocy wydziału pedagogiki uniwersytetu. Tam działały panie Elżbieta Putkiewicz, profesor, i Małgorzata Żytko, wówczas jeszcze asystentka. To ona przychodziła do nas, interesowała się tym, co robimy, i po prostu uczyła nas, jak powinna wyglądać nowoczesna szkoła dla małych dzieci. Poleciła nam swoje dwie najlepsze studentki. Nauczyciel musi wiedzieć, że są dzieci, które potrafią siedzieć całą lekcję tyłem do tablicy, a mimo to najwięcej z tej lekcji korzystają. Musi to rozpoznać, a nie krzyczeć na nie, musi wiedzieć, na ile któremu dziecku można pozwolić. Dla nas to były rzeczy nowe, zupełnie olśniewające. Uczyłam się. Myślę, że moje dzieci też na tym skorzystały, bo ja sama również zaczęłam na nie trochę inaczej patrzyć.

Żeby dzieci tę szkolę kochały…

Jan Herczyński: – Założenie szkoły nie było czymś trudnym, natomiast fundamentalnym problemem było znalezienie lokalu. Ostatecznie skończyło się na tym, że wynajęliśmy na rok klub przy Dobrej. To jednak nie był lokal przeznaczony na szkołę.

Maria Prosińska: – Po znalezieniu klubu mogliśmy odetchnąć i pomyśleć o tym, w jaki sposób dzieci mają się tam odnaleźć. Chcieliśmy, żeby nie przeżywały stresu, żeby szkołę kochały, i muszę powiedzieć, że akurat to udało się nam w stu procentach. Od pierwszych tygodni widać było. że dzieci pragną tam być. Lokal mieliśmy wynajęty do godziny szesnastej i zawsze był problem, bo dzieci nie chciały wychodzić.

Dlaczego dzieci lubiły szkołę?

Małgorzata Wiśniewska, świetliczanka i pielęgniarka: – W tej szkole było im naprawdę miło. Świetlica nie była przechowalnią, organizowaliśmy różne zajęcia, przedstawienia teatralne, loterie, andrzejki, dzieci brały w tym udział. Szyły kukiełki, malowały. Było dużo gimnastyki, kung-fu, dżudo. Dzieci była niecała trzydziestka, wszystkie były bardzo zżyte. Poza tym naprawdę ich słuchałyśmy. Gdy przyszłam tam z państwowej szkoły, przeżyłam szok. Tu nie chodziło o to, aby je opanować, lecz by nawiązać z nimi kontakt. Czuły, że nawet ich dziwne zachowania są akceptowane.

Z badań socjologicznych wynika, że odsetek uczniów bardzo lubiących swoją szkołę jest w społecznych szkołach podstawowych trzy razy większy niż wśród uczniów szkół publicznych. Bardzo lubi swoją szkołę dwa razy więcej uczniów liceów społecznych niż liceów państwowych.

Całościowy obraz świata

W trakcie nauki nauczyciele starają się jak najczęściej pokazywać dzieciom, że to, co robią na różnych przedmiotach, jest ze sobą powiązane.

Anna Czarnecka, nauczycielka: – Gdy w ósmej klasie nauczycielka geografii omawiała Tatry, ja na lekcje polskiego wybrałam teksty o Tatrach. Rozmawialiśmy, jak ważne było to miejsce dla polskiej cyganerii, a na zakończenie wyjechaliśmy w góry. W młodszych klasach staramy się, żeby na zakończenie takiego bloku dzieci przedstawiły plastycznie coś, o czym się dowiedziały. W szóstej klasie, na historii zajmowaliśmy się tematem odkryć geograficznych i tego, co one zmieniły na świecie. Na lekcjach polskiego połączyłam to z lekturą „Robinsona Crusoe”, z powieścią przygodową i podróżniczą, a potem zastanawialiśmy się, czym w ogóle może być droga w ludzkim życiu, także jako symbol poszukiwań. Okazało się, że bohaterami drogi byli i Włóczykij z „Muminków”, i Sokrates, i Marco Polo. Zastanawialiśmy się wreszcie, jakie miejsce w tej naszej wędrówce odgrywa dom, i jakie znaczenie może mieć powrót. Dzieci pisały opowiadania, które dotyczyły i rzeczy materialnych, i tkwiących w nich emocji.

Aldona Leszczyńska, nauczycielka: – Zamiast prowadzić nudne „dzienniczki lektur”, świętujemy prawie co tydzień Czwartki Literackie, na których uczniowie prezentują indywidualne lektury. Dziecko wchodzi w rolę autora, postaci literackiej, reżysera, przygotowuje kostiumy, dekoracje. Wszyscy z niecierpliwością oczekują na te spektakle. Dzięki temu czytanie staje się modne.

Dzieci mogą wybierać, które lektury będą omawiać na lekcjach: otrzymują ich listę, czytają i prezentują książki w klasie, a następnie głosują, który tekst chciałyby omawiać wspólnie. To uczy je również odpowiedzialności za decyzję.

Lekcje wychowania językowego nie przypominają tradycyjnych obrzędów ku czci gramatyki. Uczniowie wchodzą w role na przykład projektantów mody, sprzedawców, lekarzy, sprawozdawców sportowych i tworzą sytuacje, w których używa się pewnych konstrukcji językowych. Uczą się uwzględniania kontekstu sytuacyjnego i różnicowania wypowiedzi w zależności od adresata, a przede wszystkim – refleksyjnego stosunku do języka.

Rodzice żyli szkolą

Co właściwie oznacza nazwa „szkoła społeczna”?

Jan Herczyński: – To, że szkołę prowadzą rodzice. To oni we współpracy z nauczycielami decydują o programie i o sprawach wychowawczych. Pamiętam, że jeden chłopiec został usunięty z naszej szkoły właściwie tylko dlatego, że niemożliwa okazała się współpraca z jego rodzicami. Szkoła liczyła dwie klasy, w sumie dwudziestu paru uczniów. Konflikty z rodzicami dotyczyły niemal wyłącznie nauczycieli. A to komuś się nauczyciel nie podobał, albo odwrotnie – ktoś nauczyciela bronił. Jedną z ważnych rzeczy było ciągłe kooptowanie ludzi do zarządu. Byłem w to zaangażowany i przez parę lat udawało mi się przeprowadzić moją koncepcję. Patrzyliśmy, kto jest najbardziej krytyczny, i tym osobom proponowaliśmy wejście do zarządu. Taki sam cel miała rotacja prezesów. Mieliśmy całą serię osób, które zostawały prezesami, choć nie były przedtem w zarządzie.

Maria Prosińska: – Szkoła społeczna – to dla mnie oznaczało, że niemal wszystko, co robiłam, wiązało się ze szkołą. Nasze życie towarzyskie w dużym stopniu było związane z ludźmi ze szkoły. Podczas różnych spotkań zawsze, gdzieś w tyle głowy, miałam myśl, jak je wykorzystać dla szkoły. Pamiętam, że w Wydawnictwie „Wiedza Powszechna”, gdzie pracowałam, była wyprzedaż starych mebli. Od razu pognałam, żeby zobaczyć, czy coś z tego przyda się do szkoły.

Po roku skończyła się umowa wynajmu klubu na Dobrej. Szkoła przeniosła się do lokalu po żłobku, który „wychodziła” u władz samorządowych. Trzeba było przestawić wszystkie ściany, usunąć rzędy maleńkich sedesików i umywalek. Szkoła przejmowała budynek po kawałku, dlatego przebudowa odbywała się stopniowo, bez całościowego planu i dziś wnętrze budynku stwarza wrażenie architektonicznego chaosu3.

Jan Herczyński: – Na początku były tylko trzy klasy, potem pojawiła się czwarta, potem następne. W miarę naszego rozwoju dostosowywaliśmy wnętrze do potrzeb. Teraz patrzę na to jak na rodzaj architektonicznego szaleństwa. Któryś z rodziców miał metalową siatkę, więc zrobił w jednym końcu korytarza szatnie dla paru klas. Sami wszystko malowaliśmy, kładliśmy linoleum. Również w tym sensie była to szkoła społeczna.

Maria Prosińska: – Przez pewien czas na parterze mieliśmy egzotycznych sąsiadów: wedyjskie stowarzyszenie, które prowadziło tam kuchnię. Cała szkoła była przesycona zapachem wschodnich przypraw. Mieli gotować także dla dzieci, ale one nie bardzo chciały jeść hinduskie potrawy. Wedowie widzieli, że jedzenie się marnuje, a dla nich to świętość, więc później wydzielali je małymi porcjami.

Jeszcze społeczna?

Szkoła rozwijała się i dojrzewała. Odbył się konkurs na stanowisko dyrektora4, z udziałem kuratorium. Nauczyciele tworzyli swoje programy autorskie, wydawali tomiki wierszy i opowiadań uczniów. Zaczęliśmy organizować poważne międzyszkolne imprezy, takie jak festiwal recytatorski „Żyrafa” i ogólnopolski festiwal uczniowskich teatrzyków anglojęzycznych.

Rodzice i nauczyciele zrastali się ze szkołą, polecali ją swoim znajomym. Tworzyło się środowisko.

Jan Herczyński: – Ale jednocześnie stopniowo przestawaliśmy być szkołą społeczną. Zmiana polegała na specjalizacji. Mieliśmy poczucie, że sprawy wychowawcze i programowe nam się wymykają, ale było również oczywiste, że sami z siebie nie potrafimy wymyślić jakiegoś programu edukacji. Stało się jasne, że ta nasza deklaracja „Nowe czasy – nowa szkoła” jest naiwna. Nauczycieli było coraz więcej, a proces ich zatrudniania wymknął się spod naszej kontroli. To dyrektor rozmawia dziś z nauczycielami i ich wybiera. Także sprawy wychowawcze i dydaktyczne są domeną dyrekcji i nauczycieli, a zarząd właściwie się w to nie wtrąca. Szkoła stała się w stosunku do rodziców instytucją autonomiczną. W tym sensie przestała być społeczna…  Ale i tak stan obecny jest lepszy niż w szkołach prywatnych. Istnieje zorganizowana reprezentacja rodziców, którzy mają kontrolę nad finansami szkoły. Budżet jest jawny. To bardzo ważne. A wpływ? Jeśli ktoś z rodziców ma jakieś idee i pomysły, to ma możliwość wywierania wpływu na działanie szkoły.

Maria Prosińska: – Zmieniała się nie tylko szkoła, ale również jej otoczenie. Wokół dojrzewał kapitalizm, ludzie mieli coraz mniej czasu. Skończyła się epoka wspólnego kładzenia linoleum, dziś takie rzeczy robią fachowcy. Ale zarząd nadal zajmuje się sprawami wychowawczymi, na przykład w tym roku, wspólnie z uczniami, nauczycielami i dyrektorką, bardzo długo opracowywał skład zasad obowiązujących w szkole. Szkoła pozostaje społeczna tak długo, jak długo rodzice czują się za nią odpowiedzialni. Taka szkoła, jacy rodzice.

Edward Wieczorek: – Przed paroma laty ludzie mieli do szkoły ojcowski stosunek. Każdy włożył w nią ileś wysiłku i pracy. A dzisiaj przychodzą tu jak do funkcjonującej instytucji, a czasem wręcz jak klient do usługodawcy. Zapłacili i oczekują usługi. Taka postawa spycha nas w kierunku szkoły prywatnej, którą prowadzi właściciel i nikomu nie wolno się do tego wtrącać. Musimy wyłuskiwać tych, którzy są w stanie poświęcić trochę czasu na włączenie się do pracy. Poza tym zmienia się stosunek nauczycieli do ich miejsca pracy. Niektórzy nadal mają bardzo osobisty stosunek do szkoły, ale są i tacy, którzy podpisują umowę, chcą uporządkowanego warsztatu i dobrej płacy.

Małgorzata Wiśniewska: – Na początku każdy z rodziców czuł się założycielem i chciał wprowadzić coś swojego. Panował bałagan, zmieniali się dyrektorzy. Od paru lat jest spokojniej. Ta szkoła należy do rodziców, ale rodzice często wtrącali się, nie znając się na problemach szkolnych. Gdyby szkoła nadal funkcjonowała tak jak na początku, musiałaby upaść.

Edward Wieczorek: – Większość rodziców nie miała skrystalizowanych poglądów, jak ma wyglądać program szkoły. W początkowym okresie rodzice chcieli, żeby ich dzieci uczyły się w sposób absolutnie bezstresowy, w luksusowym środowisku psychicznym. To się nie sprawdziło. Bardzo szybko do szkoły wróciły wymagania, dyscyplina, organizacja.

Małgorzata Wiśniewska: – Pewien uczeń powiedział mi kiedyś: „Kiedy pani do nas przyszła, nikt pani nie słyszał, a teraz pani potrafi głośno mówić”.

Kto kogo wybiera

Zanim dziecko rozpocznie naukę, rodzice muszą wybrać dla niego szkołę. Szkoła niepubliczna także musi sobie wybrać dzieci i rodziców. Dla obu stron jest to bardzo trudne zadanie.

Rodzice dysponują na ogół niewystarczającą ilością informacji. Zależnie od poziomu zaangażowania i determinacji zwiedzają szkoły, chodzą do kuratorium, czytają informatory i wypytują znajomych. W ten sposób mogą sprawdzić warunki lokalowe, dowiedzieć się, jaki program szkoła realizuje i jakie jest wykształcenie nauczycieli, ale trudno zorientować się, czy panuje tu dobra atmosfera i czy dzieci tę szkołę lubią. […]

W końcu jednak rodzice jakoś decydują, gdzie złożyć podanie. Teraz decyzję musi podjąć szkoła, która też dysponuje niewystarczającą ilością informacji o dzieciach i rodzicach i nie ma jasno sformułowanych kryteriów. U nas obowiązuje doktryna, że przyjmujemy całą rodzinę. Od paru lat mamy mniej więcej trzy razy więcej chętnych niż miejsc.

Z dziećmi rozmawia psycholog, a przyszła wychowawczyni prowadzi próbną lekcję. Choć szkoła to nie hodowla geniuszy, wszystkim zależy na zdolnych dzieciach. Czy jednak można powiedzieć, które dziecko okaże się naprawdę zdolne? A jakie będzie za rok? Dlatego nie warto stawiać na poszukiwania geniuszy. Najważniejsze jest, by nie przyjąć „swawolnego Dyzia”, który sprawi, że nauczyciel będzie zajmował się tylko nim. Klasa musi tworzyć w miarę harmonijną całość, a na próbnych lekcjach od razu widać temperament dzieci. Nie można przyjąć samych przywódców.

Z rodzicami rozmawiają członkowie zarządu i dyrektor. Dzwonią do nich znani i nieznani ludzie i gorąco polecają swoich kandydatów lub siebie samych. Rodziców warto spytać, jakie jest ich dziecko, bo wtedy można dowiedzieć się czegoś o nich. Gdy słyszę, że dziecko jest wrażliwe i inteligentne, mam ochotę zawyć, że niewrażliwego i nieinteligentnego jeszcze tu nie spotkałem. Jeśli rodzice nie potrafią powiedzieć o dziecku nic więcej, to ciężko będzie ze współpracą. Zdarzają się przypadki patologiczne. „Proszę powiedzieć coś o dziecku” – „No, nie wiem, ja to w jego wieku potrafiłem już…”; „Czym zajmuje się żona?” – „Studiuje”. „Co studiuje?” – „Nie pamiętam, ale mnie naprawdę zależy na przyjęciu dziecka i zapłacę za to nawet 10 tysięcy”. Niektórzy obiecują góry złota, inni agresywnie pytają, czy urządzamy tu licytację, jeszcze innych najbardziej interesuje, o której będą musieli odbierać dzieci. W sumie najbardziej liczy się tak zwane „ogólne wrażenie”.

Potem trzeba porównać dwie listy – preferowanych dzieci i rodziców – i wybrać tych, którzy znaleźli się na obu. Nie zdarza się jednak, by listy pokrywały się w takim stopniu, by na tym zakończyć. Konieczne są kompromisy, trwają dyskusje, czy rodzice jakiegoś błyskotliwego dziecka są naprawdę tak groźni i czy dziecię tej miłej pary da się jednak opanować. W końcu powstaje lista przyjętych i lista rezerwowa.

Teraz jeszcze kolej na serię telefonów z awanturami i pogróżkami – raz zadzwoniła rozgniewana babcia, przedstawiła się jako dyrektorka urzędu skarbowego i powiedziała, że jeszcze nam pokaże. Wreszcie można odetchnąć. Do następnego roku. Przez ten czas można się zastanowić, czy nie łatwiej byłoby urządzić losowanie.

Inteligencja się dorabia

Naszą szkołę założyła uboga inteligencja. Teraz część tej inteligencji przestała być uboga i nie da się ukryć, że szkoła zaczęła służyć przede wszystkim tej zamożniejszej grupie. Tworzą ją prawnicy, lekarze, trochę artystów i przedsiębiorców, kilku urzędników, ale zdarzają się też ludzie z innych grup społecznych. To szkoła dla wykształconej klasy średniej, która dla swoich dzieci potrzebuje takich instytucji, a też dla tych, którzy wiedzą, że wykształcenie jest najskuteczniejszą drogą awansu społecznego.

Rodzice muszą jednak rozumieć, że szkoła nie jest instytucją gotową, działającą jak szwajcarski zegarek. Ktoś ją założył, teraz oni muszą zadbać o jej rozwój.

Szkoła nie może stać w miejscu również pod względem standardu cywilizacyjnego. Klub na Dobrej, odpowiedni w czasach pionierskich, teraz byłby nie do zaakceptowania. Przykładowo, standard toalet w szkole nie może być wyraźnie niższy niż w mieszkaniach dzieci.

Zarząd postanowił, że przebudujemy budynek tak, by sprawy lokalowe zostały rozwiązane raz na zawsze. Koniec z prowizorką, ma powstać szkoła, z której każdy z nas będzie dumny. Dobudujemy jedno piętro, będzie tam sala gimnastyczna5. Radykalnie zmienimy rozkład pomieszczeń na istniejących poziomach. Projekt jest ambitny, ale pozostało jeszcze zebrać pieniądze na jego realizację i załatwić wszystkie pozwolenia. Mam nadzieję, że znajdziemy sponsorów, a władze samorządowe wykażą zrozumienie, że ludzie potrzebują dobrych szkół.

Bo nasza szkoła jest dobra. Pod względem poziomu wychowawczego i dydaktycznego spełnia już oczekiwania rodziców w nowych czasach. Teraz musi się do nich dostosować pod względem warunków, w jakich uczą się dzieci. Jakie czasy, taka szkoła.

 


1 Ewa Wasilewska, nauczycielka historii w warszawskich liceach.
2 Wojciech Starzyński, prezes STO przez 20 lat, od 1989 r. aż do roku 2010. Oprócz rozległej aktywności w dziedzinie szkolnictwa niepublicznego podjął działania na rzecz ruchu rodziców w szkołach publicznych. Obecnie jest prezesem Fundacji „Rodzice Szkole”. Zob. wypowiedź W. Starzyńskiego w dziale „Wywiady”.
3 Ten etap też już minął; kolejne przebudowy zmieniły rozplanowanie wnętrza. Obecnie układ pomieszczeń tylko w niewielkim stopniu przypomina stan początkowy, tym bardziej że szkoła została znacznie rozbudowana.
4 W wyniku konkursu dyrektorem szkoły została Beata Wiśniewska-Tomczak; pełni tę funkcję – z sukcesem – od 1995 r. do dziś.
5
Tej części programu przebudowy nie udało się wykonać.
 

 

 

Przypisy opr. Maria Prosińska-Jackl, 2012 r.

 

 


Galeria | Archiwum